|
Dość dawno temu przyszedł mi do głowy pomysł stworzenia Ligi Obrony Komiksu (wiem, ten skrót może się źle kojarzyć w IV RP, ale z kolei słowo „liga” ma sporo pozytywnych komiksowych konotacji). I, jak wiele innych pomysłów, przepadł pod naporem problemów dnia codziennego. Ale czasami, jak wiele innych pomysłów, wraca do mnie i dręczy. Ostatnio postanowił o sobie przypomnieć podczas lektury recenzji spektaklu „Mewa” zamieszczonej w najnowszym numerze „Przekroju”. A to z powodu takiego jej fragmentu: „…wszystko, co u Czechowa stłumione, skryte, kipiące bądź niedopowiedziane, tu zostało wyłożone kawa na ławę. „Menopauza” – podsumowuje matkę syn. „Nie potrafię pisać” – skarży się artysta. Co tu grać, kiedy wszystko przypomina dymek w komiksie?”. Koniec fragmentu. Już nawet nie chce mi się wnikać, jaką myśl głęboką chciał autor ubrać w taką metaforę (nie widziałem spektaklu a może tam dekoracje i kostiumy są jak te dymki). Wiem natomiast, że w tym przypadku „dymek w komiksie” jest dla recenzenta czymś pejoratywnym. Czymś banalnym, płytkim, płaskim (w sensie jego fizycznego istnienia faktycznie jest), etc. I zawsze, kiedy czytam tego typu porównania w recenzjach, lub ogólnie tekstach, szlag mnie trafia. Bo niby, co? Komiks to taki chłopiec do bicia? I to chłopiec, którego bić można bez obaw, że ktoś stanie w obronie. No, bo komu chciałoby się bronić takiego jełopa? No i stąd urodził się ten pomysł z Ligą Obrony Komiksu. Tak sobie myślałem, żeby wynotowywać takie perły mądrości i wysyłać listy z protestami do redakcji (do „Przekroju” zdarzyło mi się wysłać kilka maili ze zwróceniem uwagi na tego typu praktyki, jak widać nieskutecznie). Można by też założyć witrynę w sieci, gdzie wynotowywałoby się odpowiednie fragmenty z tekstów, tworzyło czarne listy dziennikarzy i pism, zamieszczało przewodniki po świecie komiksu dla tych żurnalistów, którzy jednak chcieliby się doszkolić. Oczywiście w naiwności swojej łudziłem się, i chyba cały czas łudzę, że gdyby tak konsekwentnie bombardować takimi listami przeróżne redakcje, to może w końcu by do dziennikarskiej braci dotarło, że zamiast sobie komiksem gęby wycierać, można napisać np. „Co tu grać, kiedy wszystko przypomina dialogi ze złej wenezuelskiej telenoweli?” (podkreślam słowo „zła”, bo zdarzają się też niezłe telenowele), albo „Co tu grać, kiedy wszystko przypomina dialogi z „Nigdy w życiu”?”, itd., itp. Może nawet pewien recenzent nie pisałby, że „Historia przemocy” Cronenberga, to „zły film, ale przecież nie mógł być inny, bo jest adaptacją komiksu”? (Bo gdyby napisał, że to nieudany film, bo reżyser ze scenarzystą wykastrowali tę adaptację komiksu ze wszystkiego, co było w komiksie ciekawe, to bym chyba posikał się z radości.) Ech, pomarzyć dobra rzecz. Ale faktycznie trzeba jakoś skończyć z tym czarnym pijarem komiksu. Najwyższa na to pora. Gdyby ktoś ten pomysł chciał wcielić w życie, proszę dawać znać. |