w drodze z pracy 2007-08-06 23:34:35

Wracając dzisiaj z pracy byłem świadkiem rozmowy, w którą najpierw nie mogłem uwierzyć a potem dała mi do myślenia. Otóż w codziennej drodze z biura do metra mijałem grupkę czterech, bądź pięciu pań w średnim wieku. Też wracały z jakiejś biurowej roboty. I żywo o czymś rozmawiały, śmiejąc się, przekrzykując się i intensywnie gestykulując. Kiedy podszedłem bliżej usłyszałem, o czym jest ta ożywiona dyskusja. O… serialu „Heroes”.

Mocno się zdziwiłem, a prawdziwie przestraszyłem, jak jedna z pań wymieniała postacie: „…a ten jeden to podróżuje w czasie, a drugi przenika przez przedmioty…” a struchlałem, jak dodała „ale ja prawie wcale tego serialu nie oglądam”. I dalej rozmawiały i widać było, że „Heroes” budzą w nich żywe i pozytywne emocje.

Najpierw pomyślałem, szowinistycznie przyznaję, że to kobiety i oglądają wszystko, co ma odcinki. Ale potem przyszło mi do głowy, że przecież dzisiaj na wszystkich kanałach jest tyle różnych seriali do wyboru w tym samym czasie antenowym, że one po prostu muszę „Heroesów” lubić. I wtedy to już we mnie górę wziął wrodzony optymista i pomyślałem sobie, że oto superbohaterowie wchodzą do Polski kuchennymi drzwiami. To znaczy wchodzą do polskiej masowej wyobraźni. Jakoś komiksy nie były w stanie przekonać rodaków do tej koncepcji postaci. Jakoś nigdy to się u nas nie przyjęło. A teraz jest szansa. Naoglądają się ludzie tego serialu, to i może potem łaskawszym okiem spojrzą, jak ich dziecko będzie o komiks ich prosiło? Może zmiękną wtedy i kupią, bo już to skądś znają? I może Dobry Komiks na rynek wróci? Może Mandragora mocniej na nogi stanie? Egmont częściej po Batmana będzie sięgał? Manzoku skrzydła rozwinie? No dobra, chyba przesadziłem z tym optymizmem. Ale byłoby fajnie, nie?

Komentarze Komentarze [6]



fak dat szit! 2007-07-30 18:51:07

(tytuł notki zaczerpnięty z bogatej twórczości Karola Konwerskiego)

Cholera, tematów na długie notki nie brakuje, ale czasu brakuje cały czas. Więc tylko taka szybciutka notka, bo się zdenerwowałem. Otóż, jak wygląda ostatnie 15 newsów (ostatni tydzień) na Gildi Komiksu? Ano tak:

Ray Stevenson nowym Punisherem

- Nowe zdjęcie Iron Mena

- Rozszerzenie galerii "SWFan.pl"

- Alois Nebel - pierwsze plansze

- Gavin Hood reżyserem "Wolverine"

- "Heroes" zdobył 8 nominacji do nagrody Emmy

- Warner Bros. zekranizuje przygody Jonah'a Hex'a

- "Y: Ostatni człowiek" doczekał się ekranizacji

- Zmiany w zapowiedziach Egmontu

- Gildia.pl jednym z najpopularniejszych serwisów informacyjnych!

- Powstanie gra na podstawie serialu "Heroes"

- Kolejny zwiastun "Appleseed Ex Machina"

- Jest zwiastun "The Dark Knight"

- W sprzedaży...

- Tim Blake Nelson zagra w "Hulku"

Żenada, żenada, żenada. Komiks nie istnieje. Gildia Komiksu nie istnieje. Została wchłonięta przez Gidlię Filmu. R.I.P.

Komentarze Komentarze [3]



jak zarobić milion i poderwać niezłą dupę 2007-07-16 15:40:46

Esensja ruszyła ze swoim blogiem. I bardzo dobrze, myślę sobie. I to jest pierwsza myśl. Natomiast druga jest trochę bardziej złożona. Otóż myślę sobie, jak to się wszystko szybko pozmieniało. Bo gdy ponad 5 lat temu zakładałem swojego pierwszego bloga było to coś podejrzanego. „Ujawnianie jakiejś pisaniny w Internecie, żeby obcy ludzie czytali?! Ale po co?!” – zdarzało się słyszeć takie głosy. „Toż to skrajny, niezdrowy ekshibicjonizm. Dowód na przerośnięte ego i megalomanię” – mówili inni. A dzisiaj, proszę – blogi, jak okiem sięgnąć, mnożą się, pączkują, rozrastają się. Przeżywają już chyba czwartą falę popularności i są jednym z najwyraźniejszych przejawów zjawiska Web 2.0. Mają je wszyscy: politycy, dziennikarze, pisarze, gwiazdy i gwiazdeczki, firmy, wydawnictwa, festiwale, sklepy, mam i ja. I wcale nie jest to uważane za ekstrawagancję, za coś niezwykłego. Więcej nawet – kto ostatni ma bloga ten syf. O, tak się porobiło. I bardzo dobrze, myślę sobie.

No więc czytam sobie bloga Esensji i trafiam na notkę Eryka Remiezowicza, pod chwytliwym tytułem (dobry tytuł to połowa sukcesu) „Dlaczego popieram ministra Giertycha?”. A tam znajduję taki oto fragment:

Ci, którzy sprzeciwiają się decyzji ministra argumentują, że odcinamy młodych Polaków od źródeł niezwykłych doznań literackich i zawężamy ich spojrzenie na świat. Otóż młodzi Polacy z zawężaniem swojego horyzontu myślowego radzą sobie doskonale sami i minister Giertych i jego zabawy z lekturami nic tu nie zmieni. Ksiązka znika ze świadomości młodzieży w tempie piorunującym, wypierana przez telewizję i Internet. Aby wygrać tą walkę i dopchać się do uczniowskich łepetyn, należy im zaoferować rozrywkę (zastanawiam się nawet, czy kontaktu z literaturą nie należałoby w podstawówce zaczynać od komiksów).

No i jak czytam takie coś, to budzi się we mnie samozwańczy prezes LOK. Bo co to niby ma znaczyć? Że komiksy to rozrywka tylko jest? Tak? A dlaczego? Czym się różni czytanie – i nie chodzi mi tu o proces czytania - takich komiksów, jak „Maus”, „Persepolis”, „Mother Come Home”, „Berlin. City of Stones”, „V jak Vendetta” czy od lektury książek typu „Medaliony”, „Szachinszach”, „Mały Książę”, „Niemcy”, „1984”? Moim zdaniem niczym (oprócz jakości, bo to, że „Maus” jest lepszą pozycją mówiącą o holokauście niż „Medaliony”, to chyba nie ma wątpliwości). Książki i komiksy mogą dawać tyle samo czytelniczej satysfakcji, mogą sprawiać tyle samo kłopotów, mogą nudzić, mogą bawić, mogą męczyć, mogą sprawiać przyjemność. Mogą być rozrywką i męką. Wszystko to w zależności od preferencji, przyzwyczajeń, wrażliwości czytającego. A stawianie między wierszami tezy, że dzisiejsza młodzież chętniej sięga po komiksy, bo to rozrywka a nie po książki jest szczytem... powiedzmy, że naiwności. Gdyby faktycznie tak było, to nie „Harry Potter” (nota bene znajdujący się podobno na szkolnych listach lektur uzupełniających) królowałby na listach bestsellerów tylko np. „Tymek i Mistrz”.

A już takie tezy z wywodu Remiezowicza, jak ta:

Przypadkiem wicepremier zrobił coś, z czym się zgadzam – zastąpił ksiązki trudne prostą przygodówką (Sienkiewicza się jednak fajnie w młodym wieku czyta).

pozostawię bez komentarza.

Zgadzam się natomiast z tym fragmentem:

Należy ich nauczyć, że ksiązka to frajda. Zabawa. Że czytanie nie musi być drogą przez mękę ku wiecznemu „co autor miał na myśli”.

I w tej sprawie od razu odsyłam do eseju Daniela Pennaca „Jak powieść”, który niedawno ukazał się w Polsce.

Komentarze Komentarze [4]



filmowo 2007-07-08 16:28:52

Chwilę mnie nie było. Ale mam doskonałe wytłumaczenie. Praca. A konkretnie służbowy wyjazd. Skarżyć się oczywiście nie będę, bo to zbrodnia by była. Wszak nie co dzień wybiera się człowiek do Karlovych Varów, a na tamtejszy filmowy festiwal to już w ogóle tylko raz w roku. Przyjemny był to wyjazd, intensywny i tylko pogoda trochę dała w kość. Ale podobno wszędzie dawała. A tak przynajmniej nie było pokusy, żeby w ogródkach knajp piwo czeskie pić, bądź karlowarskie wody lecznicze sączyć na deptaku. Siedziałem więc w kinie, jak pan Bóg przykazał, i filmy oglądałem. Żeby się specjalnie nie rozpisywać, to powiem tylko, że z czystym sumieniem polecam następujące pozycje (o ile będzie je w Polsce dane zobaczyć):

El camino de San Diego

Schroders wunderbare Welt

Mio fratello e figlio unico

Annie Leibovitz: Life Through a Lens

Bikur hatizmoret

A jak wróciłem, to żeby z rytmu się nie wybijać, obejrzałem... „Persepolis”. I bez dwóch zdań to świetny film jest. Doskonale zrobiony (wizualnie wiele scen poraża), zabawny, wzruszający i mądry. Satrapi udało się spojrzeć na własne dzieło z dystansu i bez sentymentów. Mając świadomość innej specyfiki filmowego medium nie miała litości dla kilku scen, dzięki czemu adaptacja ma zdecydowanie bardziej zwartą konstrukcję. Nie czuć tak bardzo nowelowości komiksowego pierwowzoru. I bardzo dobrze. Poza tym to film pełną gębą - ze świetnymi przejściami między scenami, efektownymi jazdami kamery, z bardzo umiejętnie wykorzystaną muzyką (Iron Maiden i „Eye of the Tiger”!). No i fajnie w dobie wszechobecnych animacji komputerowych przekonać się, że można jednak inaczej, bardziej „oldskulowo” a równie dobrze. Jeśli nie lepiej. Jeden z najlepszych filmów, jakie w tym roku widziałem i jedna z najlepszych adaptacji komiksów w historii. Poważnie.

Komentarze Komentarze [1]



takie różne popierdółki 2007-06-27 23:13:10

1) Już wiem jakie transparenty będą na najbliższej Manifie - "Disney, Disney ty chuju!"

2) Dopiero niebawem anglojęzyczni czytelnicy będą mieli okazję poznać "Niebieskie pigułki". Słynny w naszym dziwnym kraju komiks Frederika Peetersa ukaże się w USA jesienią. Jednak album zaprezentowano już teraz gościom festiwalu MoCCA, który miał miejsce w ubiegły weekend w NY. Oto krótka notka jednego z uczestników imprezy dotycząca "Niebieskich pigułek":

The nice folks at Houghton Mifflin hooked me up with an advance reading copy of what will in all likelihood be one of the most talked about graphic novels this fall. A big hit in France (if you consider 20,000 copies sold a big hit) the memoir deals with the author’s romance with an HIV-positive woman and his relationship with her similiarly affected three-year-old son.

Jak wspomniano powyżej komiks Peetersa wyda zacna oficyna Houghton Mifflin, która zasłynęła w zeszłym roku publikacą genialnego "Fun Home" Alison Bechdel. Faktycznie, całkiem możliwe, że "Niebieskie pigułki" okaża sie w Stanach wielkim hitem niezależnego komiksu i wylądują w podsumowaniach roku równie wysoko, co komiks Bechdel.

3) Bardzo widowiskowy powrót Mrocznego Rycerza. Czyli "Batmanie, pomóż mi!"

4) Nowy Scott Pilgrim nadchodzi!

5) Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaale wywiad...

6) Craig Thompson, autor "Blankets", zdradza tajemnice warsztatu.

7) No i na koniec małe, reklamowe dzieło sztuki (nie mające z komiksem absolutnie nic wspólnego).

Komentarze Komentarze [6]



original G 2007-06-27 21:49:55

 

Powinienem zrobić to na samym początku, ale lepiej późno niż wcale. Oto oficjalny rating tego bloga:

 


Online Dating

Mingle2 - Online Dating

Komentarze Komentarze [0]



LOK 2007-06-24 14:57:46

Dość dawno temu przyszedł mi do głowy pomysł stworzenia Ligi Obrony Komiksu (wiem, ten skrót może się źle kojarzyć w IV RP, ale z kolei słowo „liga” ma sporo pozytywnych komiksowych konotacji). I, jak wiele innych pomysłów, przepadł pod naporem problemów dnia codziennego. Ale czasami, jak wiele innych pomysłów, wraca do mnie i dręczy.

Ostatnio postanowił o sobie przypomnieć podczas lektury recenzji spektaklu „Mewa” zamieszczonej w najnowszym numerze „Przekroju”. A to z powodu takiego jej fragmentu: „…wszystko, co u Czechowa stłumione, skryte, kipiące bądź niedopowiedziane, tu zostało wyłożone kawa na ławę. „Menopauza” – podsumowuje matkę syn. „Nie potrafię pisać” – skarży się artysta. Co tu grać, kiedy wszystko przypomina dymek w komiksie?”. Koniec fragmentu.

Już nawet nie chce mi się wnikać, jaką myśl głęboką chciał autor ubrać w taką metaforę (nie widziałem spektaklu a może tam dekoracje i kostiumy są jak te dymki). Wiem natomiast, że w tym przypadku „dymek w komiksie” jest dla recenzenta czymś pejoratywnym. Czymś banalnym, płytkim, płaskim (w sensie jego fizycznego istnienia faktycznie jest), etc. I zawsze, kiedy czytam tego typu porównania w recenzjach, lub ogólnie tekstach, szlag mnie trafia. Bo niby, co? Komiks to taki chłopiec do bicia? I to chłopiec, którego bić można bez obaw, że ktoś stanie w obronie. No, bo komu chciałoby się bronić takiego jełopa?

No i stąd urodził się ten pomysł z Ligą Obrony Komiksu. Tak sobie myślałem, żeby wynotowywać takie perły mądrości i wysyłać listy z protestami do redakcji (do „Przekroju” zdarzyło mi się wysłać kilka maili ze zwróceniem uwagi na tego typu praktyki, jak widać nieskutecznie). Można by też założyć witrynę w sieci, gdzie wynotowywałoby się odpowiednie fragmenty z tekstów, tworzyło czarne listy dziennikarzy i pism, zamieszczało przewodniki po świecie komiksu dla tych żurnalistów, którzy jednak chcieliby się doszkolić.

Oczywiście w naiwności swojej łudziłem się, i chyba cały czas łudzę, że gdyby tak konsekwentnie bombardować takimi listami przeróżne redakcje, to może w końcu by do dziennikarskiej braci dotarło, że zamiast sobie komiksem gęby wycierać, można napisać np. „Co tu grać, kiedy wszystko przypomina dialogi ze złej wenezuelskiej telenoweli?” (podkreślam słowo „zła”, bo zdarzają się też niezłe telenowele), albo „Co tu grać, kiedy wszystko przypomina dialogi z „Nigdy w życiu”?”, itd., itp. Może nawet pewien recenzent nie pisałby, że „Historia przemocy” Cronenberga, to „zły film, ale przecież nie mógł być inny, bo jest adaptacją komiksu”? (Bo gdyby napisał, że to nieudany film, bo reżyser ze scenarzystą wykastrowali tę adaptację komiksu ze wszystkiego, co było w komiksie ciekawe, to bym chyba posikał się z radości.)

Ech, pomarzyć dobra rzecz. Ale faktycznie trzeba jakoś skończyć z tym czarnym pijarem komiksu. Najwyższa na to pora. Gdyby ktoś ten pomysł chciał wcielić w życie, proszę dawać znać.

Komentarze Komentarze [3]



w sieci beznadziei 2007-06-18 22:19:04

Dobra. Żarty żartami, ale pora zająć się sprawami poważnymi. Mnie na przykład od dłuższego już czasu martwi i smuci poziom polskich serwisów internetowych zajmujących się komiksem. Martwi i smuci mnie tych serwisów beznadzieja. I to wcale nie jest mocne słowo.

Niby jest, w czym wybierać, niby różnorodność i spora ilość miejsc, które można odwiedzać w nudnych godzinach pracy. Mamy bowiem i WRAK, i WAK, i Gildię Komiksu, i Aleję Komiksu, i Poltergeista, a ostatnio nawet serwis informacyjny Komikslandii. Tylko co z tego, skoro wybór między nimi ogranicza się do spraw kosmetycznych. To ten słynny wybór między dżumą i cholerą. Czyli żaden.

No bo tak: dwa pierwsze serwisy, umówmy się, umarły (w przypadku WAKa chodzi o to, że to tylko wymienianka tego, co się właśnie ukazało; trochę mało). Miały czasy swojej świetności. Pamiętają o nich jedynie najstarsi mieszkańcy globalnej wioski. Gildia to już chyba siłą rozpędu ciągnie posiłkując się materiałem spowinowaconej i prężnie działającej Gildii Filmu oraz pracami z łódzkich konkursów. A jeszcze jakiś rok, półtora temu wydawało się, że to właśnie Gildia ma szansę stać się wiodącym serwisem komiksowym. W tej chwili odwiedzam ją tylko ze względu na forum.

Aleja Komiksu miała niezły start. Dawała jakieś nadzieje. Coś tam kombinowała ze „special features” typu Topy i Wtopy miesiąca (chociaż głębia zamieszczanych tam opinii porażała), głosy autorytetów, plebiscyty, itp. Ruch był słuszny, ale chyba okazał się agonalnym paroksyzmem. Bo od jakiegoś czasu częstotliwość aktualizacji na Alei dramatycznie spadła. Chciałbym wierzyć, że to nie KO, tylko niegroźne liczenie.

Polter jakoś tam się szarpie. Jedne z najczęstszych aktualizacji w tym gronie (szkoda, że ostatnio niusy dotyczą głównie peleryniarzy; tzn. dla mnie szkoda, może taka specjalizacja jest jakąś metodą), lubiane przez czytelników serwisu komiksowe serie na jego łamach publikowane (aczkolwiek w przeważającej większości dość mierne), konkursy, musiszmiecie… No coś tam się dzieje.

Nawet ekipa Komikslandii, która się odgrażała, że pokaże, jak powinien serwis z prawdziwego zdarzenia wyglądać, póki co daje ciała. Styl informacji najbardziej blogowy (czasem w tym złym tego określenia znaczeniu), ilość aktualizacji też jakoś nie powala a w dodatku spora ich cześć dotyczy tego, co właśnie dojechało, albo nie dojechało do sklepu. Ale ok., niech będzie. Tylko, że to kolejne miejsce na mapie polskiego Internetu komiksowego, w którym wiele dla siebie nie znajdę.

Gdzie są recenzenci, którzy mają coś ciekawego, niebanalnego do powiedzenia. Z rozpoznawalnym stylem i wyrobionym smakiem? Gdzie są pasjonaci komiksu, którzy przeczesują sieć w poszukiwaniu świeżych informacji? No gdzie? (jak mawiał mój profesor od fizyki zrezygnowany brakiem chętnych do odpowiedzi, „co, wszyscy ochotnicy w Wietnamie poginęli?”).

Smutne jest to, że nawet gdyby tak zebrać wszystkie te serwisy do kupy to niewiele by dało się z tego wycisnąć (i człowiek zaczyna tęsknić za nie doskonałym przecież, ale i tak bardzo dobrym AQQ). A już do pasji doprowadza mnie ciągłe informowanie o ekranizacjach komiksów. Po pierwsze te niusy ukazują się na długo po tym, jak zamieszczą je serwisy filmowe (które ze służbowego obowiązku śledzę). A po drugie… to do jasnej cholery tak, jakby serwisy i działy sportowe gazet donosiły o każdym filmie, który opowiada o sportowcach, a wyniki finałowych meczów miały w dupie. Za granicą takie informacje opatrzone są adnotacją „Not Comics”.

No właśnie, „aż dziw, że się nie wzorują na…” No, na czym? A na tym: The Comics Reporter, Journalista, The Beat, Forbiden Planet Blog, Newsarama, The Daily Cross Hatch, itp., itd. Kopalnia informacji. Nic tylko brać i przepisywać. Choćby dla tych czytelników, którzy wolą te informacje przeczytać po polsku a nie angielsku. A przecież są jeszcze strony francuskie, niemieckie, włoskie... Całe szczęście, że są. Bo inaczej można by odnieść wrażenie, że już nie ma komiksów, są tylko filmy. A to cholernie mylne wrażenie.

P.S. Oczywiście o najciekawszym filmowo-komiksowym newsie żaden serwis się nie zająknął.

P.S. II Nie mówiąc już o bardzo ciekawym komiksowym newsie, który można by fajnie dziennikarsko pociągnąć.

Komentarze Komentarze [2]



na dobry początek 2007-06-13 17:18:06

Miłość, seks i jego fatalne konsekwencje:

Czyli co ludzie z nudów robią przy pomocy okładek starych komiksów i photoshopa. Wiecej tu i tu.

Komentarze Komentarze [154]



» Archiwum



» O autorze


» Linki